Saturday, January 25, 2014

"KSIAZECZKA" odcinek 6 i kilka bransoletek.....

...

Nie na tym skonczyla sie wszakze wegierska historia ksiazeczki. Gdy znalazlem sie jako jedyny wiezien na budapesztanskiej cytadeli, kapelan wojskowy polski wdarl sie prawie sila pewnej niedzieli z miasta do wiezienia i przystapil do odprawiania Mszy sw. Sluzylem do niej i az do Ewangelii bylem jedynym, procz kaplana, uczestnikiem w Ofierze. Ksiadz czytal Ewangielie, gdy do lochu wszedl pospiesznie dowodca twierdzy w galowym mundurze przy szabli i zaczal w piekny sposob wymyslac. Wowczas kaplan wskazal na kielich i spokojnie ciagnal kazanie:
-,,Ale we wszystkim okazujemy sie jako sludzy Bozy: w wielkiej cierpliwosci, w utrapieniach, w potrzebach,w uciskach, w chlostach, wiezieniach, w rozruchach, w trudach, w nocnych czuwaniach, w postach...Jako zwodziciele, a rzetelni...jako umierajacy, a oto zyjemy: jako karani od Boga, a  nie straceni; jako smutni, a zawsze weseli; jako ubodzy , a wzbogacajacy wielu: nic nie majacy, a posiadajacy wszystko".
To sa - konczy kaplan - slowa z listu sw. Pawla do Koryntian. A gdy bedziesz, synu, po Komunii sw. przenosil mszal na druga strone, wloz swoj gryps do mszalu. Amen.,,
Przezegnal sie ksiadz Wilk, i ja sie przezegnalem,
a oficer wegierski rzekl: "Amen".
Jeszcze przed konsekracja wyrwalem czysta kartke z konca ksiazeczki i napisalem: "Nie sypnalem nikogo. Strasza mnie wydaniem Niemcom. Ratujcie'.
Polakow jednak Wegrzy Niemcom nie wydawali, az do chwili, kiedy wojska niemieckie wkroczyly na Wegry. Zeslano mnie tylko do obozu karnego w Komarom. Bylo tu jeszcze gorzej niz w Kisbodaku: podziemne kazamaty, niezliczone ilosci wszy i pchel, zupa z goracego tluszczu, ktory zastygal natychmiast jak parafina, i cwiartka chleba na dzien, surowa dyscyplina, a przede wszystkim ciemnosc. W oczach mzyly bez przestanku kolorowe centki. Na dobitke oboz byl pomyslany jako rownoczesny przybytek dla komunistow i zbyt krewkich amatorow wojaczki, dla ochotnikow na powrot do Polski i dla zbyt gorliwych 'turystow Sikorskiego", Jedni drugich ostro za pysk trzymali. Wychodzic za swoja potrzeba noca, przez blok komunistow i powrotowiczow, oznaczalo jesli nie cieta rane, to w kazdym razie porzadny siniec.
W forcie klasztornym Komarom, w maju 1940, obudzila sie
w zamknietych tam Polakach ochota do nabozenstw majowych.  Kaplica byla juz w podziemiach urzadzona, bo raz na kilka niedziel przybywal do fortu ksiadz z Msza sw. Ale nikt nie wiedzial jak sie do nabozenstw zabrac.
Poniewaz przekladalem stale i objasnialem gazety, uchwalono,ze mam urzadzic nabozenstwa. Tak sie wiec stalo. Coz tam w koncu za sztuka odspiewac litanie loretanska i zaintonowac antyfone?
Ale tez te loretanskie stroniczki sa chyba najbrudniejsze w mojej ksiazeczce; zdaje sie ,ze w Komarom padaly na nie czasem zly...
W dzien sw.Jana Chrzciciela, po Mszy sw. odprawionej
w forcie klasztornym Komarom, do ktorej sluzylem, w bardzo dziwny sposob wyprowadzil mnie z wiezienia moj Patron, przy pomocy plutonowego Baka.
I znowu na granicy jugoslawianskiej powstalo pytanie: zniszczyc ksiazeczke czy zachowac?  W dokumentach bowiem nazywalem sie teraz Jozef Brojak, a na modlitewniku figurowalo moje wlasne nazwisko. Ale ksiazeczka stala sie juz zbyt widoczna tarcza i przewodniczka. Zaczalem myslec, ze nie ksiazeczka jest moja, lecz ze ja naleze do ksiazeczki i ze nie wolno mi sie jej nigdy i nigdzie wyrzec ani opuscic. Ze to jest depozyt, ktory mi powierzono na cale zycie, aby go przeniesc i oddac kiedys przy bramie wiecznosci jakby bilet wstepu.
A jednak na jeden dzien w zyciu opuscilem ksiazeczke. Noc natarcia na Monte Cassino spedzilem na Glowie Weza, czyli na najwyzszym wzgorzu po tej stronie, o kilkadziesiat metrow od pozycji niemieckich. Bylo to takie miejsce, o ktorym sie z gory wiedzialo, ze na nie pojdzie ogien zaporowy, ktoredy wiec, wedle jezyka woskowego, mysz nie przesliznie, bez ktorego jednak kazde natarcie byloby slepe. Na Glowie Weza znajdowala sie zreszta nielicha skladniczka trupow z poprzednich natarc. Nie bylo rady:
gniazdo nas trzech,obserwatorow artylerii i piechcoty miescilo sie wyzywajaco na samym czubku wzgorza, w kupce kamieni, jakby to byl karnawal na froncie a nie bitwa. Zrazu istotnie byl karnawal. Rozmaite bronie rozsypywaly po ziemi i niebie confetti, serpentymy, tutti frutti. Potem przyszla kolej na strach: odezwal sie nieprzyjaciel. Na Glowie Weza legl ogien artylerii, podwajany przez mozdzierze tepo i bez fantazji: po grzbiecie szla co minute nudna seria pociskow: jeden-dwa-trzy-cztery-piec, a w drugiej minucie, na zmiane: piec-cztery-trzy-dwa-jeden, pocisk o metr od pocisku. Kazdy trzeci pocisk powinien byl, wedle rozsadnych obli.czen, trafic w nasze gniazdo. Az do poludnia nastepnego dnia nie trafil jednak zaden. Gdyby mozna ogien artylerii porownac z katowskim toporem, znaczylo to, ze od polnocy do poludnia nie udalo sie katowi okolo siedmiuset razy trafic toporem w nasze wyciagniete szyje. Siedemst zamachniec kata, z dodatkiem wielu setek prob jego pomocnikow, to dosc wiele jak na pol doby.
O osmej poszly ze wszystkich stron przeciwnatarcia niemieckie na utracone pozycje. W gorach odpalenia strzalow brzmia tak czysto, ze sie zdaje, iz padaja z odleglosci kilku krokow. Zdawalo sie tedy, ze nieprzyjaciel nie tylko zdobyl utracony skraj pozycji, ale ze przystapil do przeciwnatarcia. W lewo i w prawo splywaly pokurczone sylwetki, licho wie, wlasne czy niemieckie...


I na koniec kilka fotek bransoletek, wykonanych ze wstazek z naturalnego lnu ( bezowa i czarna ) i z drukowanych we wzory...










Pozostancie w zdrowiu i szczesciu !
Dzieki za odwiedziny i wasza przyjazn !

X O X O




Thursday, January 16, 2014

WYNIKI SWIATECZNEGO CANDY.....

....Pytam Meza: wybierz numer pomiedzy 1 a 11 (bo tyle bylo chetnych do mojej rozdawajki)...
Maz mowi: six
A pod numerem six byla Bozenka z Incognito !!!
Jakze sie ciesze Bozenko !
Do mojego Tarnowa i do Ciebie poleca cukieraski!
Prosze Cie tylko o adres , bo e-mail twoj mam, ale adresu nijak znalezc nie moge... :o)

I tak na szybko pokaze bransoletke zrobiona na zamowienie jednej z kolezanek mojej corki...Zamowila sobie material ze wzorem zebry
(podobno modne teraz)





Dziekuje Wam za udzial w Rozdawajce, pozdrawiam wszystkich 
odwiedzajacych bardzo serdecznie i posylam wiele slonca
i cieplych mysli.....

X O X O

Sunday, January 12, 2014

"Ksiazeczka" odcinek 5... Filcowane Torebki....I Dedykacja dla Inki

...Pancerniacy oglosili glodowke domagajac sie odeslania do kraju,statki niemieckie na Dunaju przybijaly do brzegu i zabieraly ochotnikow na Wieden, co noc ruszaly gromady w kierunku obu granic: niemieckiej i rosyjskiej, przewaznie potem przychwytywane i odprowadzane pod bagnetami do obozu przez "kogutow".
Apele zabieraly ze dwie godziny dziennie: reszte trzeba bylo wypelnic. Czym, jak nie slowem ?
Po tygodniu lezenia na slomie i odretwienia wydobylem z drelichu ksiazeczke. Rece jak klucz otwieraly w niej na wyrywki strony z litania loretanska, piesniami majowymi, koledami, gorzkimi zalami. 
Po wyswiechtanych karteczkach zaczela sie wedrowka w przeszlosc:
- w maj pilznienski, tarnowski i krakowski;
- w lepkie kasztany nad kapliczka, w chlodne mury kosciola filipinow, malowane w burbonskie lilie, i wieczory pachnace jasminem i wstazkami,
- w promien hejnalu, ploszacy spoznione wyznania na Plantach;
- w hodowle krolikow, w przeklady Homera i w umarle w pakach wiersze;
- w glupie zarty szkolne, z ktorych tez wielki Bog musial miec ucieche;
- w godzinki spiewane w wiejskich kosciolach z poboznoscia pierwszych chrzescijan; w zapach swieconego ziela,w miete, mak, koper, rute i jablka;
- w mrozne poranki rorat;
-ku szopce pod domowym drzewkiem, ku gwiazdom, turoniom i jaselkom,
- ku misteriom koledowym wsrod witrazy Wyspianskiego;
- ku grobom Panskim ze strazakami na bacznosci, z kanarkami i w lunie narcyzow i hiacyntow;
- ku ciemnym jutrzniom i gorzkim zalom;
- ku swieceniom wody, ognia, paschalu, olejow i potraw;
- ku rezurekcjom z trabka wojskowa i z biciem Zygmunta;
- ku wszystkiemu co bylo zyciem, zanim sie stalo tylko nadzieja;
- ku szczesciu, ktorego sie dotykalo, zanim sie stalo marzeniem.
Ku tresciom jeszcze nie odkrytym i nie przeczuwanym. Ku Wisle polszczyzny, blekitnej, sinej i czarnej.

Rozplyncie sie, me zrenice,
Toczcie smutnych lez krynice

Z tej polszczyzny modlitewnikowej przemawia dziwna lagodnosc, nawet wobec najwiekszych zbrodni.

Zal mie rozbiera, serce boesc czuje,
Gdy slodki Jezus na smierc sie gotuje,
Kleczac w ogrojcu, gdy krwawy pot leje,
Serce me mdleje.
Wieznia milosci powrozmi krepuje
Zolnierz okrutny, uczen zly caluje,
Wtem Jezus lzami, gdy sie milosc stapia,
Jagody skrapia

W gorzkich zalach wypowiadali sie pierwsi polscy chrzescjanie, a ich uczucia jak zywica skamienialy w slowa nieporadne i pokorne.

Ach mnie, Matce Bolesciwej,
Pod Krzyzem bardzo smutliwej
Serce zalosc przejmuje !

Pelna gorzkosci swieta Weronika,
Rzewne lzy lejac, z Panem sie spotyka, 
Ktoremu , gdy twarz tuwalnia ociera,
Portret odbiera...

Czytalem z ksiazeczki najpierw oczami, potem szeptem, az ktos rzekl:
- Czytaj glosno !
Gdy przyszla kolej na psalmy, wokol mojego barlogu
stal ciasno tlum zolnierzy.

Rzekl Pan do Pana mego laskawym 
Swym glosem: siadz mi przy boku prawym,
Az Twoje wszystkie zuchwale wrogi
Dam na podnozek pod Twoje nogi.

Kiedy sie juz przez caly dzien pancerniacy, piechota, strzelcy,podoficerowie, policjanci i obrona narodowa nauragali, nakleli, nabluznili, o zmierzchu przychodzili niby to przypadkiem do mojego kata.
Tak powstala pierwsza publiczna wypozyczalnia ksiazek w obozie internowanych w Kisbodaku. Poniewaz w inwentarzu byl tylko jeden tom,
czytac go trzeba bylo na glos.
Pewnego razu po lekturze wieczornej podszedl do mnie Baruch Balaban ze slowami:
- Niech sie pan nie gniewa, ale skad to w waszym Pismie:
"Bede gonil nieprzyjaciol moich i pojme ich i nie wroce sie, az ich nie stanie. Polamie ich, i nie beda mogli stac, upadna pod nogi moje. I opasales mie moca na wojne" ? Skad to w waszym Pismie ?
Za scianami baraku plynal Dunaj, zolty tej jesieni niby rzeka Babilonu...


Na koniec kilka zdjec moich ostatnich prac:
torebki dziergane  na drutach z czystej welny i filcowane w pralce, a kazda
zdobi  guzik wykonany przez zdolna Gosie z bloga Ceramiczne pasje Gochy M.







I jeszcze melodia z dedykacja i podziekowaniem dla
Inki z Zakatka Inki za przemila niespodzianke w postaci nagrody pocieszenia w Swiatecznym Candy.
Paczusia "szla" dlugo za Ocean, ale warto bylo poczekac...



Dzieki serdeczne Inko!!! i melodia dla Ciebie...



Wszystkich bardzo serdecznie pozdrawiam i posylam wiele
cieplych mysli w wasza strone !!!

X O X O







Tuesday, December 31, 2013

"Ksiazeczka" Odcinek 4

"...Ale zanim doszlo do tych peregrynacji wojennych, zreszta niezbyt naboznych...Ksiazeczka konczy sie "Sposobem sluzenia do Mszy sw.".
Do laciny ciagnelo mnie od malenkosci , pasjami tez lubilem nasladowac odprawianie Mszy i nabozenstw. Mlodsze siostry zapedzalem do ministrowania i kazalem im asystowac przy moich celebrach. Wazonik oczywiscie sluzyl za trybularz, poszewki z koronkami za komezki, a kapa z lozka za ornat. Od tych niepowaznych praktyk rychlo przeszedlem do czynnego udzialu w prawdziwym zyciu liturgicznym. W Wielkim Tygodniu chlopcy pilznienscy obchodzili trzykrotnie w ciagu dnia zwarta grupa oba koscioly, stukajac rytmicznie drewnianymi kolatkami, ktorych  uzywalo sie w tym czasie zamiast dzwonkow podczas nabozenstw. Dostac sie do tego bractwa bylo wielkim zaszczytem. Kazik Sedziak, pelniacy obowiazki przywodcy bractwa, dopuscil mnie do niego na okres jednego dnia w tygodniu, co bylo dodatkiem do kupionej u niego dosc slono parszywej krolicy.
Rodzice z dziwna niechecia przyjeli wiadomosc, ze koscielny pozwolil mi pewnego dnia poniesc kawalek drogi krzyz przed pogrzebem. Niedlugo tez zakazali mi uczestniczenia  w zyciu liturgicznym, gdy stali sie swiadkami jednej z moich pamietnych klesk zyciowych. Z fary wyszla procesja Bozego Ciala. Chlopcow obdzielono choragwiami, utwierdzonymi przy lawach koscielnych, az na koniec pozostala tylko olbrzymia choragiew staroswieckiego bractwa czy cechu, ktorej nikt wziac nie chcial. Dopraszalem sie tak zarliwie, ze koscielny wreczyl mi ja wreszcie.
W chwili gdy procesja szla rynkiem, tuz przed oknami naszego domu, powial gwaltowny wicher a moja choragiew szeroko upadla w tlum rozmodlonych babinek, ktore paciorki natychmiast zmienily w zlorzeczenia.
"Szpik!" - padalo gesto. Choragiew ktos podniosl i nie pozwolil mi jej niesc dalej. Najadlem sie wstydu do syta.
W Pilznie tez istnial osobliwy sposob spiewania piesni majowych. Przed oswietlona swiecami figura na srodku rynku gromadzily sie co wieczor dziewczeta i ujawszy sie pod boki zawodzily piesni maryjne. Chlopcy zas wylazili na ocieniajace figure konary kasztanow i wtorowali, a raczej falszowali z zielonej wysokosci. Poslugiwalem sie wtedy, na kasztanach, ksiazeczka, slepiac do jedynej w miescie latarni zarowej, hustanej wiatrem na srodku rynku.
Zycie ludzkie toczy sie cyganska droga: to, co za lat zielonych bywa marzeniem, staje sie przedmiotem pogardy w latach pozniejszych. Dzieciece zapaly do ministrantury obrocily sie w czasach gimnazjalnych w chytre zabiegi, jakby sie od ministrowania wykrecic. Do spowiedzi katecheta zmuszal kartkami ozdobionymi nazwiskami penitentow, ktore trzeba bylo oddac spowiednikowi. Byli tacy, co dla kolezenstwa oddawali kartki za siebie i innych. Pokuta i zarazem dobry uczynek. Spowiedz zreszta w tym okresie zycia jest sprawa najbardziej wstydliwa i te strachy plynely ze wstydu. Pamietam, jak jeden z kolegow, pochwaliwszy juz przed spowiednikiem Pana Boga, odwrocil sie nagle do mnie i rzekl: 
"Ty swinio, jak bys sluchal, to ci pysk stluke", po czym przystapil do wyznawania swych win.
W niektorych okresach zycia moja ksiazeczka zachodzila plesnia. Za lat akademickich wydawala sie zbyt dziecinna, zatem do kosciola chodzilo sie z pustymi rekami, bo Boga - jak sie wowczas mawialo - najlepiech chwalic po swojemu.
Az wreszcie, pewnego wrzesniowego dnia, mala ksiazeczka stala sie ksiega zywota.
Bylo to 12 wrzesnia. Drohobycza miala bronic moja kompania za kazda cene.Uzbrojenie mielismy nieswietne:jeden karabin maszynowy bez podstawy,karabinki radomskie i po dwa granaty obronne na glowe. Dzien schodzil, a Niemcy nie nadchodzili.
Bic sie zolnierska rzecz, ale i plotkowac zolnierska. Zanim slonce zaszlo nad Drobochyczem, cala kompania wiedziala, ze Niemcy rozstrzeliwuja wszystkich oficerow, podchorazych i cenzusowcow. Natomiast zwyklym szeregowym obcinaja guziki i mowia: "Do domu". A wiec pospiesznie zacieralismy cenzusostwo, zdzierajac bialo-czerwone obszywki. Przyszedl rozkaz, aby zniszczyc wszystkie dokumenty, ujawniajace nazwiska. Zniszczylismy wiec.
Trudno mi bylo powziac postanowienie co do jednego tylko dokumentu:
ksiazeczka byla podpisana imieniem i nazwiskiem. Ostatecznie - myslalem - jakis slad musi po czlowieku pozostac. Jesli zgine, jedynym swiadectwem, kim bylem, bedzie ksiazeczka. Ze wszystkich tesknot ludzkich najmocniejsza jest  do swojego nazwiska i do wlasnego grobu. Kim by byl czlowiek bez nazwiska i jakby zyl nie majac pewnosci,ze pozostanie po nim grob? " Wieczne odpoczywanie" , o ktore prosimy Boga w modlitwie, posiada rownie ziemska co pozaziemska wymowe. "Wieczne odpoczywanie" to wlasne poslanie i nakrycie z ziemi, az po dzien, kiedy sie czas wypelni. Na groby powinno starczyc miejsca na tym swiecie dla wszystkich chyba ludzi. A przy chowaniu, niechze wiedza kogo.
Ksiazeczka zostala tedy w kieszonce drelichu i powedrowala ze mna na Wegry. Nie musialem juz brac polskiej ziemi na przeleczy Skolskiej.
Prawie cala moja kompania zostala na Wegrzech internowana w obozie Kisbodak, w poblizu granicy austiackiej. Zle bylo: Dunaj podmywal nasze baraki, a lezelismy w nich bez nadziei, na garstce slomy rzuconej na beton; zimny, rychly mroz i brak odziezy meczyly nas wraz z gwaltownie mnozacymi sie wszami, chorobami i glodem. Pancerniacy obrzucali wyzwiskami piechote, szeregowi pomstowali na oficerow, robotnicy i chlopi wygrazali inteligentom, krakowiacy psy wieszali na warszawiakach, rezerwisci z blotem mieszali zawodowych i policjantow. Co kilka godzin, w dzien i w nocy, "koguci",zandarmi wegierscy, rewidowali baraki. Kto zapial, dostawal po gebie, ten i ow zreszta do przesady, a czasem i bez zaczepki.
Zaczela sie goraczka powrotu.


Rynek w Tarnowie - lata 30-te







Przypominam o moim Swiatecznym Candy
i cieplutko sciskam.....

X O X O
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...